Moje szczęście
Za oknem skwar i odgłosy dzieci bawiących się na przedszkolnym trwniku. W domu cisza przeplatana tykaniem kuchennego zegara. Tik tak tik tak...odmierza godziny snu mojego męża po nocce. Ja siedzę cichutko ze słodziutką cappucino i czytam stare wpisy w tym blogu. Dotarłam do zeszłego sierpnia. W 10 minut. A przecież to ponad 300 dni.. Najlepszych dni w moim życiu. Bezładnie zapisanych skromnymi słowami w krótkich postach. Aż szkoda, że nie można szczęścia uwiecznić inaczej. Że nie da się go zapakować w trzech wymiarach w ramkę i zawiesić na ścianie. Albo zapakować w wiele małych pudełeczek i rozdać tym, którym go brakuje. Bo przecież szczęście mnoży się, kiedy się je dzieli... Chociaż kto wie, może innym potrzebne jest inne szczęście. Takie bardziej z pompą, głośniejsze, rozdymane, kolorowe, jak wesołe miasteczko i cyrk w jednym. A moje szczęście jest leciutkie jak zefirek, cichuteńko owiewa naszą trójkę, smakuje ziemniaczkami z koperkiem i pachnie świeżymi ogórkami. Moje szczęście wy...